O internetowej anonimowości raz jeszcze

Posted by Bogdan Markowicz on 9 czerwca 2009 0 Comment

O tym, jak w wielu przypadkach złudne jest poczucie anonimowości internautów, pisałam już jakiś czas temu. Teraz jednak, gdy jeden z brukowców rozpętuje niemal świętą wojnę wymierzoną w anonimowość znanej blogerki, warto wrócić do tego tematu raz jeszcze.

 

Próba zastraszenia blogerki i grożenie wyjawieniem jej danych osobowych, doprowadziła nie do debaty nad tym, jak powinno wyglądać dziennikarstwo w Polsce oraz egzekwowanie prawa. W centrum dyskusji znalazło się to, czy blogerzy mają prawo w ogóle być anonimowi i na ile poważnie można traktować internautów, którzy nie ujawniają swojej tożsamości.

 

Na temat anonimowości w sieci wypowiedziały się osoby, które naprawdę się na tym znają: ks. Adam Boniecki (Jedyną forma anonimowości jaka jest dla mnie dopuszczalna to anonimowość penitenta w konfesjonale), prof. Jacek Hołówka (Osobiście nie czytam blogów), prof. M. Król (Blogi są czymś wręcz idiotycznym – bo pozwalają każdemu wygłaszać opinie na każdy temat anonimowo), prezenter telewizyjny Krzysztof Ibisz (Wiem, że w Azji, aby zamieścić komentarz pod notatką o kimś znanym, trzeba podać swoje dane osobowe) oraz tancerka Edyta Herbuś (Chciałabym poznać tożsamość osób piszących o mnie i komentujacych te doniesienia na różnego rodzaju portalach. To byłoby właściwe). Natomiast sam redaktor naczelny Dziennika dba o poziom i prosi, a internauci natychmiast reagują. 

 

Nie ma się co oszukiwać, tu nie chodzi o dyskusję o wolności słowa czy o określenie granic anonimowości w sieci. Tu chodzi o oglądalność i liczbę komentarzy. Nie można jednak lekceważyć  tych wydarzeń. Mamy do czynienia z przełomem w historii polskiego blogowania. Pierwszy raz bloger (tutaj – blogerka) został potraktowany na równi z dziennikarzami mediów tradycyjnych. A więc stało się to, o czym część blogosfery marzyła od dawna. Jak jednak trafnie podsumował Debergerac, blogerka zaczęła uchylać się od konsekwencji swoich działań. Zatem – gdy cytują blogerów w gazetach czy powołują się na nich w reportażach telewizyjnych, to dobrze. Gdy natomiast oczekuje się od tych blogerów odpowiedzialności za pisane przez siebie słowa – już znacznie gorzej.

 

Ponadto, ponownie dochodzi do sporu, w którym argumenty niemal żywcem czerpane są z Andrew Keena i jego świętej wojny z dziennikarstwem obywatelskim. Blogerzy są źli, bo mogą pisać cokolwiek i do tego nie ujawniać swojego nazwiska i tylko dziennikarze mediów tradycyjnych dysponują odpowiednim warsztatem, by móc w pełni ogarnąć to, co dzieje się na świecie. Osoba, która pisze „pocałujcie mnie w dupę” pod swoim imieniem i nazwiskiem zasługuje na to, by jej argumentów słuchać. Natomiast ta, która obnaża tajniki życia politycznego w Polsce, nie zdradza jednak swojej tożsamości, nie może być wiarygodna.

 

Możliwość publikowania w sieci – bez odgórnej cenzury i zewnętrznych ingerencjii – w dzisiejszych czasach wydaje się być jedną z podstaw zdrowej demokracji. Trzeba jednak pamiętać, że w takim systemie ponosimy za swoje słowa pełną odpowiedzialność. Także wtedy, gdy piszemy swojego bloga pod pseudonimem (bo bardziej o pseudonimowość, niż o anonimowość chodzi).

zrodlo: http://klimowicz.blox.pl/html

Lubisz ten artykuł? podziel sie:
Posted by Bogdan Markowicz   @   9 czerwca 2009 0 comments
Tags :

Share This Post

Twitter Digg StumbleUpon Delicious Technorati FaceBook

0 Comment

Facebook Komentarze:

No comment yet. Be the first to leave a comment!

Dodaj komentarz

You can use these tags: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Previous Post
«
Next Post
»