Piotr Lipiński: Nie szkoda panu życia na grę?
- Second Life to nie gra, ale drugie życie.
Jest więc z pana taki doktor Jekyll i pan Hyde…
- Dla mnie to sposób na bardziej zaawansowaną niż dotychczas obecność w internecie. Do tej pory korzystaliśmy z przestrzeni dwuwymiarowej, tymczasem Second Life daje poczucie trójwymiarowości. Wchodzimy do środka tego świata, korzystając z awatara, czyli anioła. To taki ludzik, który w naszym imieniu przemierza SL. Przypomina postaci z gier komputerowych, dlatego przy pierwszym kontakcie SL kojarzy się z grą.
Ludzie, wchodząc do SL, często spodziewają się, że zaraz nadlecą potwory i trzeba będzie do nich strzelać. Tymczasem wokół nie dzieje się nic szczególnego. Wtedy dochodzą do wniosku, że w SL panuje nuda. Ale to tak, jakby ktoś do mnie przyszedł tu do domu, usiadł na stołeczku i uznał, że życie jest nudne. A to przecież nieprawda.
W SL wszystko dzieje się w czasie rzeczywistym. Awatar może porozumiewać się z innymi awatarami, czyli ludźmi z całego świata. Może projektować ubrania, budować wieżowce, dawać koncerty. I na tym wszystkim zarabiać lindeny, czyli walutę w SL. A lindeny można wymienić na pieniądze w realnym świecie. Nawet na złotówki – mamy pierwszy polski bank w SL.
Da się z tego żyć?
- Ja utrzymuję się z takiej pracy od trzech lat. SL składa się z tysięcy wysp, które kupuje się od twórców tego świata, firmy Linden Lab. Wyspa to po prostu serwer. Mój pierwszy klient, Włoch, poprosił, żebym mu zbudował jego ukochaną Toskanię, więc na jednej z takich wysp odtworzyłem toskańskie winorośle, fragmenty Florencji.
W SL nie ma sensu odwzorowywanie wszystkich szczegółów – najważniejszy jest klimat, który uzyskuje się, pokazując charakterystyczne rzeczy. Najlepszy przykład to Dublin, którego właścicielem jest człowiek będący w pierwszym życiu pilotem linii lotniczych. W wirtualnym Dublinie można się przechadzać między Bank of Ireland, General Post Office, Christian Church – ten ostatni sam budowałem. Ale najważniejsze, że tam cały czas coś się dzieje i dlatego przychodzi wiele awatarów – w pierwszym życiu często dublińczyków rozsianych po całym świecie, tęskniących za swoim miastem. Kiedyś koncert dało U2.
Prawdziwe U2?
- Nie, to była grupa ludzi, którzy odtwarzali koncert tej grupy. Ale w SL występowali też prawdziwi artyści – dwukrotnie zaśpiewała Suzanne Vega, raz zagrał Duran Duran. Co chwilę odbywają się koncerty różnych balladzistów i bluesmanów.
A kto za to wszystko płaci? Przecież właściciel Dublina cały czas wynajmuje serwer od Linden Lab.
- Utrzymuje się z pieniędzy od browaru Guinnessa, którego wielka reklama stoi pośrodku wirtualnego Dublina. Płacą mu też czynsz właściciele sklepów, którym wynajmuje lokale przy głównych ulicach. A to bardzo atrakcyjne handlowo miejsce, bo przychodzi mnóstwo awatarów.
Ale przecież Guinness nie sprzeda prawdziwego piwa w wirtualnym świecie. Po mu tam reklama?
- Zależność jest bardziej skomplikowana. Zaprojektowałem kiedyś w Second Life siedzibę polskiej firmy EC Wybrzeże, która dostarcza ciepło do całego Trójmiasta.
Zależało im na wykorzystaniu możliwości medialnych. Bo przeważnie, jak ktoś pojawiał się w SL, to pisała o tym prasa, robiąc tym samym firmie darmową reklamę. Co zresztą sprawdziło się w przypadku nadmorskiej ciepłowni, bo dziennikarze rzeczywiście zauważyli jej wejście do SL.
Informatyczna firma Cisco organizuje targi pracy w SL. Taki inżynier, który szuka pracy w wirtualnej rzeczywistości, to będzie dobry fachowiec?
- Bardzo prawdopodobne. W SL przydają się umiejętności programistyczne, dlatego można tu spotkać wielu znakomitych komputerowców, tutaj zwanych geekami.
Najgłębiej w SL siedzi firma IBM. Ma tu swoją siedzibę, w której można obejrzeć wszystko, co oferuje. Organizuje w SL nawet zebrania. Awatary pracowników zasiadają wspólnie w sali konferencyjnej. Mogą razem obejrzeć film albo prezentację, omówić plany.
Przypuszczam, że w przyszłości cały internet przekształci się w taką wirtualną rzeczywistość. Nasz awatar będzie przemierzał sieć, wstępował do banku, kupował w sklepach. Takie światy przecież już powstają. Na przykład Google Earth, gdzie można każdego miejsca na kuli ziemskiej niemalże dotknąć, zostawić w nim swój wpis albo fotografię.
Tworzyłem kiedyś wyspę, która jest siedzibą pisma „Slang Life”. Co chwila odbywają się tam przeróżne sympozja naukowe. Przychodzi wiele awatarów. Każdy może się zapisać na darmową prenumeratę pisma. Potem prawdziwa, papierowa gazeta przychodzi pocztą do domu prawdziwego człowieka.
Dlaczego wydawcy to się opłaca? Bo przyciągając awatary do pisma, może zarabiać na reklamach.
To jak w normalnym wydawnictwie.
- Zasady biznesu w Second Life są takie same jak w normalnym świecie, tyle że możliwości większe. To znakomite miejsce dla deweloperów. Ktoś powiedzmy buduje apartamentowiec w Tel Awiwie. W SL może postawić wirtualną kopię swojej inwestycji. Klienci jako awatary mogą zwiedzać apartamenty, wyjrzeć przez okno, żeby sprawdzić widok, a jak się zdecydują na kupno, to ocenić, jakie kolory pasują do ścian, gdzie spostawić meble.
Oszukiwaliby nas okrutnie. Nikt by nie pokazał samolotów startujących blisko budynku albo ruder z drugiej strony.
- Niekoniecznie. Świat Second Life jest odporny na manipulację, co sprzyja tworzeniu nowych demokracji, lepszych niż w realnym świecie. W zwykłym świecie możemy głosować w wyborach, ale czy nasze głosy zostaną prawidłowo policzone, musimy zaufać procedurom. W SL każdy ma możliwość sprawdzenia poprawności liczenia. Od środka nie da się sfałszować wyników wyborów. W SL pojawiają się pomysły na udoskonalenie kulejącej demokracji, jaką znamy z normalnego świata. Taką próbą jest The Metaverse Republic, system wymyślany przez prawników. Taką jest też Al-Andalou, społeczność tworzona przez rumuńskiego muzułmanina, oparta na tolerancji religijnej. Sam widziałem tańczących razem chrześcijan, muzułmanów, Żydów z pejsami. Zresztą charakterystyczną cechą SL jest olbrzymia tolerancja.
Łatwo być tolerancyjnym, kiedy w chwili złości na kogoś można po prostu wyłączyć komputer. SL nie potrzebuje policji?
- Powstają grupy, które ubierają mundury, nazwały się Second Life Police Department i oferują ochronę klubom oraz właścicielom wysp. Chronią przed grieferami. To najczęściej dzieci, które biegają po ulicy, strzelają do wszystkich albo detonują bomby. Może to wydawać się śmieszne, ale wybuch bomby szkodzi awatarom. Zwykle związany jest z emisją olbrzymiej ilości cząsteczek. Wówczas serwer przeciąża się obliczaniem grafiki związanej z wybuchem i wszystko zwalnia, jak w każdej przeciążonej sieci komputerowej. Nagle nikt nie może nic powiedzieć, poruszyć się.
Prawdziwe amerykańskie FBI zaproponowało Linden Lab, że wkroczą do SL m.in. po to, żeby pomóc wyśledzić grieferów. Policja z Belgii przyglądała się prostytucji i gwałtom – te też zdarzają się w SL – ale również przypadkom składania ofiar z ludzi, obrzędom satanistycznym, zakładając, że te historie mogą mieć związek z realnym życiem. Niemiecka policja z Halle śledziła osoby, które w SL prezentowały pornografię dziecięcą. Te osoby używały też awatarów dzieci i stręczyły je.
Jak wygląda pana dzień w drugim życiu?
- Przeważnie jestem tam cały dzień. Po prostu komputer jest włączony, żeby ludzie mogli zostawiać mi wiadomości.
To co robi pana awatar teraz, kiedy rozmawiamy?
- Pewnie przysypia. SL działa na okrągło, a na świecie są różne strefy czasowe. Często siedzę do pierwszej w nocy, żeby omówić sprawy z kimś ze Stanów, kto właśnie zaczyna dzień.
Kończę właśnie duży projekt dla Uniwersytetu Kalifornijskiego w Riverside, dla profesora Toma Novaka, który wiele lat temu przewidział biznesowe zastosowanie internetu – gdy innym to wydawało się absurdalne, bo była to wówczas sieć naukowa, łącząca głównie ośrodki akademickie. Tworzę dla nich E-Lab City, miasto, w którym będzie między innymi strefa handlowa. W tej części będą badane zachowania konsumentów – jakie towary kupili, jakich tylko dotknęli i odstawili na półkę. Jaką drogą krążyli po sklepie.
To jak w supermarketach fachowcy badają, gdzie postawić proszek do prania, żeby się lepiej sprzedawał.
- O to samo chodzi tutaj. Niedawno pracowałem też nad projektem stworzenia sztabu wyborczego dla jednego z amerykańskich demokratycznych kandydatów na prezydenta. Niestety musiałem się wycofać, bo zleceniodawcy uznali, że będzie lepiej, jeśli to zrobi obywatel amerykański. Ale rozstaliśmy się w dobrej atmosferze.
Teraz przygotowuję się do wykonania projektu wirtualnej komórki. Mój zleceniodawca chce, żeby z tej komórki można było wysłać SMS-a do każdej sieci komórkowej w realnym świecie i odebrać w SL odpowiedź. To już możliwość, która może przydać się na co dzień.
Dostaje pan pensję w normalnych pieniądzach?
- Przy poważniejszych transakcjach to jest norma. W SL tylko small biznes opiera się na wewnętrznej walucie, czyli lindenach.
Podpisuję z klientem normalną umowę-zlecenie. Tak samo, jak kiedy dla Rebisu projektuję okładkę książki w normalnym świecie.
- Można to zrobić, żeby zobaczyć, jak się w nim wygląda. Niestety, nie można sprawdzić, czy to dobry rozmiar, bo rzeczy w SL mają tę właściwość, że dopasowują się do każdej sylwetki. Są też dwa rodzaje sklepów – w jednych kupujemy wirtualne spodnie na potrzeby SL, a w innych całkowicie realne i dostajemy je do domu.
Second Life to świat dla samotników?
- Jest pełen outsiderów. Często trafiają tutaj, bo szukają alternatywnego, lepszego świata, bo w prawdziwym życiu coś się nie powiodło. Wielu jest domorosłych artystów, filozofów.
Można się tam poruszać, latając albo teleportując się.
- To po części spełnienie sennych marzeń o unoszeniu się w powietrzu. Ale przede wszystkim szkoda czasu na dreptanie z miejsca na miejsce.
Nie czuje się pan jak dziecko, wchodząc do SL?
- Czasami, kiedy mam ochotę się powygłupiać. Na przykład pół godzinki polatać sobie. Ale to nie jest sensem mojej obecności w Second Life.
*Cezary Ostrowski – lat 46. Artysta plastyk, grafik komputerowy, muzyk i kompozytor. Pisał dla „Lampy”, „Wprost”, „Machiny”. Tworzył projekty z Korą, Małgorzatą Ostrowską, Marcinem Świetlickim. Absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu, gdzie nadal mieszka. W Second Life występuje jako Cezary Fish, dyrektor generalny firmy deweloperskiej aHead.

fot:Linden Research
Fot. Lukasz Cynalewski / AG
Źródło: Gazeta Wyborcza
Facebook Komentarze: