Postępująca infantylizacja inicjatyw polityków, akurat w tym wypadku samorządowych, powinna zacząć budzić obawy u uczonych optymistycznie patrzących na ewolucję człowieka.
Myślę, że w stolicy kultury i nauki polskiej byłoby celowe, by Collegium Medicum UJ wystarało się o jakiś grant unijny na – pilotażowe rzecz jasna na razie – pomiary. Wczoraj rada miejska po licznych i czasochłonnych dyskusjach przyjęła w głosowaniu objęcie patronatem wirtualnego odbicia Rynku Głównego, czyli krakowskiej obecności w Second Life.
Długo to trwało, bo wirtualna rzeczywistość działa na wyobraźnię nie tylko tzw. milusińskich, ale mocno pełnoletnich członków partii politycznych wszelakich opcji, i jest oczywiście powodem do sporów. To owe spory przedłużyły procedury, a używanie rzeczywistych procedur w sprawie rzeczywistości nieistniejącej jest najnowszym wynalazkiem krakowskim. Tu powtórzę raz jeszcze, że dzieje się to w mieście kultury i nauki, mieście tysiąca kościołów, z mieszkańcami skłonnymi do konserwatyzmu i z silną partią o nazwie Prawo i Sprawiedliwość, co wrzucam w nawiasie, bo to polityk tej partii jest pomysłodawcą projektu i wielkim zwolennikiem świata animowanego przez maszynę rachującą.
Pan Gilarski wiele ryzykuje, bowiem wydaje mi się, że Second Life jest idealnym terenem do naruszeń obyczajowości, promowania postaw obcych ideologicznie, wirtualnej antykoncepcji, lewactwa i sodomii. (…) Wartość promocyjna zamysłu może więc ulec zdruzgotaniu, a Pana Gilarskiego mogą czekać kłopoty. Przecież jego szef, zważywszy, że nie ma konta w banku, komórki ani komputera, wygląda raczej na zwolennika przednowoczesnej wersji rzeczywistości marzeń. Uruchamia ją nie za pomocą internetu, a poprzez zamknięcie oczu podczas pieszczot z kotkiem. Pan Gilarski może nie znaleźć zrozumienia, gdyby coś poszło nie tak. (…)
Stanisław Mancewicz
Facebook Komentarze: